Trzy dni. Tyle miałem na totalną metamorfozę salonu – nowe podłogi, sufit, oświetlenie, ściany, meble, firany. Brzmi jak reality show? Trochę tak. Tylko że kara za niepowodzenie była jak najbardziej realna – a Wy mieliście wybierać, co mi się przydarzy. No to zaczynamy.
20 000 zł i lista życzeń – jak to wygląda na starcie
Klienci mieli jasno określone priorytety: więcej światła, biblioteczka i – co mnie trochę rozbawiło – specjalne miejsce na wino. Jak mówią, te dwie rzeczy jakoś się łączą, i szczerze – zgadzam się. Budżet? Około 20 000 zł na wszystko, co w salonie widać. Okna osobno, bo inaczej by się nie domknęło. Na papierze wygląda ok. W praktyce – zaraz się okaże.
Dobór materiałów, czyli ulubiona część tego całego zamieszania
Uwielbiam etap doboru materiałów. Naprawdę. Dla mnie to jak układanie puzzli, gdzie każdy element musi do siebie pasować – i kolorystycznie, jak i fakturowo. Tym razem szukałem czegoś, co doda charakteru, ale nie przyciemni przestrzeni. Trafił mi się fornir kamienny z łupka naturalnego – ciekawe, oryginalne i wyraźnie inne od standardowych paneli dekoracyjnych.
Podłoga musiała być jasna, ale nie przesadnie ciepła – i na pewno bez szarego. Szarość mam już za uszami. Wybrałem trzy propozycje, wziąłem próbki do domu klientów i… słusznie, bo to, co pięknie wyglądało w sklepie, w ich świetle wypadało po prostu słabo. Zawsze, ale to zawsze bierzcie próbki do domu. To nie fanaberia projektanta – to zdrowy rozsądek.
Panele dekoracyjne z oświetleniem – brzmi jak bajka?
Nie jest żadną bajką wyssaną z palca. Na rynku dostępne są panele, które mają wbudowaną funkcję oświetleniową – i przy odpowiednim układzie mogą całkowicie zastąpić część opraw sufitowych. Do tego V-fuga, kilka wariantów kolorystycznych od drewna przez beton po miedź, a wiele z nich dostępnych w wersji HydroPlus – z podwyższoną odpornością na wilgoć. Przy klientach, którzy lubią wino w nowoczesnym salonie, to nie jest bez znaczenia.
Postawiłem też na mech chrobotek jako jeden z elementów dekoracyjnych – nawiązanie do zielonej sofy i trochę natury w miejskiej przestrzeni. Moim zdaniem taki detal potrafi sprawić, iż wnętrze nabierze zupełnie nowego wyrazu bez wielkich nakładów finansowych.
Dzień pierwszy – burzenie, czyli marzenie się spełnia
Zawsze miałem ochotę wziąć łom i po prostu rozebrać stary salon. Tu w końcu dostałem taką szansę. Wyrwane sufity, zerwane podłogi, nowa instalacja elektryczna – w jeden dzień poszło naprawdę sporo. Ekipa? Przyjechała o 10.23. Nie o 8, nie o 9. O 10.23. I to po uprzednim przyrzeczeniu, że będą punktualnie. Z pewnością nie po raz ostatni spotkałem się z takim podejściem do „punktualności” na budowie.
Dzień drugi – kumulacja problemów jak w złym śnie
Drzwi balkonowe zamówione, dostarczone – i wyprodukowane o 10 cm za krótkie. Serio. Szczęście w tym, że wykonawca to mój dobry znajomy i stanął na głowie, żeby w ekspresowym tempie dostarczyć poprawne. Rekord świata – nowe drzwi gotowe i zamontowane w jeden dzień. Słyszę już głosy, iż to niemożliwe, że się czeka tygodniami… Czeka się. Ale tym razem się udało.
Do tego zachorowała krawcowa odpowiedzialna za firany. Brzmi jak drobnostka, jednakże firany to jeden z ostatnich elementów, które „ubierają” salon – bez nich całość wygląda nijako. Na szczęście udało się szybko ogarnąć temat zastępczy i szycie ruszyło tego samego dnia.
Co finalnie zmieniło się w tym salonie
Żeby nie być gołosłownym – oto co wylądowało w tym wnętrzu przez te trzy dni:
- nowa jasna podłoga – dobrana do faktycznego oświetlenia w mieszkaniu, nie do blasku sklepowego
- sufit napinany z nową instalacją elektryczną i podzielonym oświetleniem
- panele dekoracyjne na ścianie z funkcją świetlną
- fornir kamienny jako element akcentujący
- mech chrobotek – nawiązanie do sofy i zieleni
- firany uszyte na wymiar i nowe okna z prawidłowymi drzwiami balkonowymi
Stół i krzesła zostały – klienci tak chcieli i dobrze, bo były całkiem przyzwoite. Resztę wymieniono.
Trzy dni to realny czas – ale pod jednym warunkiem
Remont w 3 dni jest możliwy – pod warunkiem, iż ekipa pojawia się wtedy, kiedy ma się pojawić, dostawcy nie mylą wymiarów, a krawcowa nie choruje. Czyli w idealnym świecie. W praktyce trzeba mieć dużo zapasu nerwów i z góry zakładać, że coś pójdzie nie tak. Tu poszło kilka rzeczy naraz – i jakoś wyszło. Ale nie polecam takiego podejścia bez dobrego buforu czasowego i sprawdzonych ludzi wokół siebie.
Trzech dni wystarczy na metamorfozę – ale pamiętajcie, że za każdym sprawnie wyglądającym remontem stoi ogromna ilość telefonów, biegania i improwizacji, której po prostu nie widać.
Planujesz remont lub urządzenie wnętrza? Zapraszam do przeglądania projektów na nethomeplus.com – znajdziesz tam gotowe projekty wnętrz w różnych stylach i przedziałach cenowych.